Co Ty wiesz o górach, dzieciaku? Czyli lekcja pokory i wielka miłość Człowieka Wycieczki

Trakt Doliny Kościeliskiej

Trakt Doliny Kościeliskiej. Bo najlepiej podróżować z kimś, z kim nie ma nudy

No i stało się!
Po długiej wędrówce w niebycie i po pokonaniu wielu trudności, udało mi się wrócić na wycieczkowe szlaki, o których z chęcią Wam opowiem.

Tegoroczny urlop, czy jak kto woli – wakacje, spędziłem w pięknie wrześniowych Tatrach. Cały tydzień upłynął mi na hasaniu po górach, szlakach, lasach i jaskiniach, a do tego było już po sezonie, więc i spokój na trasach, bo ludzi znacznie mniej.
W tym się właśnie zakochałem – w ciszy i spokoju, od pierwszego wejrzenia, a raczej wspinania się i wydawania z siebie ostatniego tchnienia przy oprawie jesiennej kolorystyki. Coś niesamowitego, ta euforia, kiedy po jakichś 3 godzinach wspinaczki zdobędziesz Kasprowy Wierch! O zapierającym dech w piersiach widoku ze szczytu góry już nie wspomnę. Ale do rzeczy!

Wyprawa, jej pomysł oraz ostateczny kształt są wynikiem dość spontanicznych decyzji podejmowanych pod wpływem chwili przez 3 osoby. Zaczęło się od znalezienia bardzo dobrej oferty zakwaterowania w Zakopanem, w jednym z serwisów internetowych sprzedających bony. W ramach tej oferty dostaliśmy 3-osobowy pokój z: własną łazienką, telewizorem, czajnikiem, dostępem do WiFi oraz co ważniejsze – pełne wyżywienie (śniadania + obiadokolacje), które było bardzo dobre i serwowane w dużych, niedających się zjeść ilościach. Zazwyczaj ze smutkiem odchodziliśmy od stołu, bo pozostawialiśmy na nim to, czego nie zdołaliśmy pomieścić w naszych żołądkach. Dodatkowo mieliśmy w cenie dostęp do sauny i jacuzzi po godzinie dziennie. A wszystko to nas wyniosło ok. 360 zł od osoby (już z wliczonymi opłatami klimatycznymi i bardzo profesjonalną, młodą, ale rzeczową oraz przyjazną obsługą). Willa Marta M, bo tak ów lokal się nazywa, jest idealną bazą wypadową, ponieważ mieści się przy samym Tatrzańskim Parku Narodowym i jakąś godzinę pieszo od Krupówek. Nielubiący chodzić też powinni się ucieszyć, ponieważ przy willi znajduje się przystanek autobusowy, z którego można dotrzeć dość komfortowo w najważniejsze rejony Zakopca.

Na miejsce dotarliśmy z Warszawy Polskim Busem, w czasie o prawie godzinę krótszym niż przewiduje to przewoźnik, zdarzyło się Wam coś podobnego z PKP…? Tak oto naszym oczom ukazały się obrazy zapamiętane sprzed 9 miesięcy, kiedy mieliśmy tutaj przystanek w drodze na Słowację. Gospodarze z różnych zajazdów czatowali na potencjalnych klientów szukających pokojów, autobusy kursowały nieustannie, a nad wszystkim pieczę sprawował Śpiący Rycerz zwany pospolicie Giewontem. Jedyna zauważalna różnica względem tamtych wydarzeń to brak śniegu i względnie wyższa temperatura. Ale kto się przejmuje takimi rzeczami, widząc oczami wyobraźni nadchodzące przygody! I tak oto po dotarciu do naszej bazy i pobieżnym rozpakowaniu się w naszym ośrodku, wspólnie z moimi dwiema współtowarzyszkami podjęliśmy decyzję na wyruszenie „z marszu” i dla rozgrzewki na Nosal. Jak się później okazało wybór trafiony, bo pozwolił nam zweryfikować nasze możliwości i kondycję. Był to bardzo dobry pomysł, a sama trasa dość przyjemna – na tyle, na ile mogła być po deszczowym dniu. Samo podejście zajęło nam około 1 godziny. Początek trasy nie był zbyt wymagający, problemy pojawiły się na jakieś 200-300 metrów przed szczytem, kiedy trzeba było się wspinać pod dość sporym kątem nachylenia, po wyślizganych od wilgoci kamiennych „schodach”. Było to dość męczące, jak na „dzień dobry”, dla osoby, która od dawna nie wspinała się po górach. Samo zdobycie Nosala napełniło mnie euforią wzmaganą przez widok na Kuźnice, jaki rozciągał się ze skalnego bloku, na którym przysiedliśmy na kilka minut. Zresztą sami zobaczcie, o czym piszę:

Kuźnice, widok z Nosala

Kuźnice, widok z Nosala. Warto było wspinać się godzinę dla ujrzenia czegoś takiego!

Następnego dnia mieliśmy piękną i prawie bezchmurną pogodę, co nas zachęciło do wybrania Kasprowego Wierchu jako kolejnego celu. Do podejścia skorzystaliśmy z trasy krótszej, ale bardziej stromej (zielony szlak). Chcąc tym samym zaoszczędzić sobie czas na podziwianie widoków podczas powrotu przez Dolinę Gąsienicową (żółty + niebieski szlak) i przyznam szczerze, że nigdy tego nie zapomnę. Zmęczenie, pot i zwątpienie, ale z drugiej strony: cisza, spokój, świeże powietrze, dzikie maliny, widok ze szczytu i szarlotka w schronisku (Murowaniec) oraz rozmowy po drodze ze współtowarzyszkami… Powiem Wam, że pierwszy raz czułem się tak wolny i spokojny, serio, zakochałem się w tym. To była najlepsza rzecz, jaka spotkała mnie na tej wyprawie. Szczerze polecam wejść samemu na Kasprowy, bez korzystania z wyciągów! A dla zachęty i motywacji zdjęcia tych polskich cudów natury:

W drodze na Kasprowy

Przerwa w drodze na Kasprowy.

W drodze na Kasprowy - mniej więcej taki ruch na trasie był

W drodze na Kasprowy – mniej więcej taki był ruch na trasie.

Widok z Kasprowego - trakt w kierunku Hali Goryczkowej

Widok z Kasprowego – trakt w kierunku Hali Goryczkowej.

Mały Kościelec

Mały Kościelec.

Dolina Gąsienicowa - Mały Kościelec

Dolina Gąsienicowa – Mały Kościelec.

Zejście z Kasprowego - Przełęcz Między Kopami

Zejście z Kasprowego – Przełęcz Między Kopami.

Niestety ostatnia godzina powrotu upłynęła przy akompaniamencie jesiennego deszczu, który znacząco utrudniał schodzenie po coraz bardziej śliskich kamieniach, a zapadające ciemności skutecznie ograniczały widoczność. Posiadanie czołówki w takich warunkach okazało się zbawienne.

Po powrocie zaplanowaliśmy, że następnego dnia robimy sobie luźniejszy dzień ze względu na zakwasy i niezbyt przychylną pogodę. Stąd wyruszyliśmy do Zakopanego na Krupówki oraz zdobyliśmy Gubałówkę. W drodze do centrum miasta z naszego ośrodka, ku mojej uciesze, mieliśmy okazję spotkać stado owiec i baranów swobodnie wypasanych pod Nosalem:

W stadzie raźniej

W stadzie raźniej

Dzień nie był zbyt wyczerpujący i pozwolił na odpoczynek zakwaszonym mięśniom. Po takim relaksie stwierdziliśmy, że trzeba nadrobić lenistwo i wyruszyć następnego dnia w ambitniejszą trasę. Stąd zapadła decyzja o zdobyciu Morskiego Oka.

Jak na złość w dniu wyprawy powitała nas dość mocna ulewa, która początkowo skruszyła nasze morale, ale ostatecznie po ciepłym i krzepkim śniadaniu wyruszyliśmy, bo nikomu nie podobała się wizja siedzenia przez cały dzień na tyłku. Dotarliśmy busem do Palenicy Białczańskiej, skąd następnie w zacinającym deszczu szliśmy około 3 godziny asfaltem, mijając dość tłumne, jak na pogodę, wycieczki. Ze względu na warunki atmosferyczne nie mieliśmy okazji podziwiać widoków otaczających nas gór, ponieważ całe były spowite chmurami i mgłą. Mieliśmy natomiast okazję popodziwiać Wodogrzmoty Mickiewicza, które pod wezbraną deszczem wodą dudniły niesamowicie, opadając w głąb skalnego urwiska. Po dotarciu do schroniska nad Morskim Okiem zastały nas takie widoki:

Morskie Oko

Morskie Oko

Morskie Oko - Marchwiczny Żleb

Morskie Oko – Marchwiczny Żleb

Jak widać, pomimo niesprzyjających warunków dało się choć przez chwilę doświadczyć piękna gór otaczających Morskie Oko, które mam nadzieję w pełni zobaczyć przy najbliższej wycieczce w te okolice. Powrót przebiegał w bardzo podobny sposób jak wejście. Niestety, deszcz nie odpuszczał i przemokliśmy do suchej nitki, pomimo odzieży technicznej, która wg producenta miała nas dobrze zabezpieczać przed tego typu warunkami pogodowymi. Przemoknięcie było dotkliwym doświadczeniem w szczególności gdy natrafiliśmy na mocny, jesienny wiatr, który skutecznie zaczął nas wychładzać. Na szczęście po powrocie czekał na nas syty, smaczny i ciepły obiad, który skutecznie podniósł nas na duchu.

Następnego dnia pogoda uległa znacznej poprawie. Jedyny ślad wczorajszej pogody, który wrył się w krajobraz, to śnieg. Tak, pierwszy śnieg w tym roku, jaki widziałem, a który przysypał syto wyższe szczyty – takie jak Giewont:

Śnieg na Giewoncie

Śnieg na Giewoncie

Do Doliny Kościeliskiej dostaliśmy się busem spod dworca PKS w Zakopanem, a następnie ruszyliśmy na wojaże wśród lasów i łąk. Co mogę powiedzieć o samej dolinie, to to, że jest to z pewnością idealne miejsce dla ludzi, którzy chcą pospacerować z dziećmi lub dla starszych osób, ew. w trakcie rehabilitacji. Główna trasa nie jest zbyt wymagająca, prosta, utwardzona ścieżka. W sam raz na rodzinny wypad.

Dolina Kościeliska - główna trasa

Dolina Kościeliska – główna trasa

Inaczej ma się sprawa przy podejściu do Jaskini Lodowej, która wymaga odpowiedniego przygotowania kondycyjnego i obycia z górami ze względu na strome bloki skalne, jakie trzeba pokonać. Jednakże, jeśli jest się takim krasnoludo-fanatycznym „grotołazem” jak ja, to warto! :) Jaskinia ma w sobie tę klaustrofobiczną magię, która szczególnie daje o sobie znać, kiedy zostajesz sam w korytarzu. Szczerze polecam.

Jaskinia Lodowa - zejście w głąb...

Jaskinia Lodowa – zejście w głąb…

W drodze powrotnej z jaskini udało nam się znaleźć odrobinę śniegu, prawdziwego! Taka radocha! Po czym jeszcze trafiliśmy na pokaz wędzenia oscypka w góralskiej chacie, która znajduje się przy szlaku. Do tej pory czuję ten piękny zapach sera… mniam!

Ostatni pełny dzień, jaki spędziliśmy w Zakopanem, upłynął nam na pływaniu w basenie i termach oraz obchodzeniu Krupówek w poszukiwaniu potencjalnych pamiątek i prezentów. Samą pływalnię polecam, jest bardzo dobrą konkurencją dla opisywanej już przeze mnie, słowackiej Tatralandii.

Podsumowując:

  • Wyprawę zaliczam do bardzo udanych; złapałem sporego bakcyla na Tatry i wiem, że następny urlop właśnie tam spędzę.
  • Nauczyłem się sporo o górach i o samym sobie, wiem, że nie mogę wszystkiego i muszę popracować nad sobą, by móc ruszyć na bardziej wymagające szlaki.
  • Zyskałem motywację i nabrałem pewnego dystansu do kilku rzeczy.
  • Górale są dobrymi i pracowitymi ludźmi, wielki szacunek za przedsiębiorczość oraz sposób odnoszenia się do klientów. Warto chwilę z nimi porozmawiać, można też się potargować, co ważniejsze, sprawia to obopólną radość oraz satysfakcję.
  • Nic tak dobrze nie smakuje, jak dzikie maliny znalezione na szlaku oraz szarlotka i gorąca czekolada zakupione w schronisku.
  • Warto posiadać odpowiedni sprzęt i przygotowanie kondycyjne przed ruszeniem w góry.
  • Tak, w Tatrach i w Tatrzańskim Parku Narodowym są niedźwiedzie…

Ogólna ocena: 1000000/10!

A jak Wy oceniacie swoje doświadczenie z Tatrami? A może dopiero przymierzacie się do wyprawy w te rejony i macie jakieś wątpliwości?

Komentarze

comments

Powered by Facebook Comments

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

5 comments

  1. Gry jesienią to magia w postaci czystej, w szczególności gdy jest trochę chłodno, trzeba się zmęczyć i ma się obok kogoś, kto po prostu idzie. Mniam, wszystko! Uwielbiam, no.

  2. Piotrze do lata musimy mieć ogar kondycję bo wiesz co się będzie działo ! :P Będą grane Tatry Wysokie i to tak na ogniu w nogach :P

    także nie ma obijania się w zimę! :P

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>